e-book egodziecka

Zaprenumeruj newsletter, a otrzymasz od nas bezpłatnie e-book pt. „Rozwój dziecka w pierwszym roku życia”

Zapisz się do newsletter'a
 
Reklama

Reklama

Reklama

Porada dnia

Czytam egodziecka.pl

  • "Często odwiedzam Egodziecka.pl, by poczytać i doszkolić się z macierzyństwa."

    Iwona - mama rocznej Natalii, Kraków

Partnerzy

Informacja

Portal Egodziecka.pl zaprasza na praktyki i staże studentów i absolwentów psychologii i pedagogiki, chcących współtworzyć wartościowe miejsce w Internecie, przeznaczone dla rodziców dzieci w wieku 0-10 lat. Szczegółowe informacje prześlemy zainteresowanym.
Prosimy o kontakt: kontakt@egodziecka.pl
Zapraszamy!

***   ***   ***
logo_polski_internet100_100

Po raz drugi startujemy w Konkursie Polski Internet!

Czy dzieci powinny być nam wdzięczne? - Fragment książki „Macierzyństwo bez lukru - co powie tata?”

dodano: 11-12-2013

Głos taty

Nadszedł wreszcie ten piękny dzień: Pan Foch pojechał na wakacje, Glutek wybywa na noc do babci. Szykuje się pierwsze wolne popołudnie od trzech lat! Bilety na Mrocznego Rycerza zamówione, knajpka na kolację wybrana. Jeszcze tylko trzy godziny w pracy i zaczynamy.
Już, radosny jak szczygiełek, zbieram się do wyjścia, gdy dzwoni telefon.

 – Słucham?
– Szczęść Boże.
– Szczęść Boże. (Ale o co chodzi? Jakiś telefoniczny kaznodzieja do mnie wydzwania?).
– Tutaj ksiądz Tomasz. Pana syn jest z nami na kolonii.
– Aaa... Witam. Co się stało?
– Proszę absolutnie się nie denerwować, to naprawdę nic wielkiego, ale czy mógłby pan przefaksować zaświadczenie o ubezpieczeniu do szpitala w Lesku?
– JAK TO NIC WIELKIEGO? CO SIĘ STAŁO?!
– No... Pan Foch trochę szalał. Cała grupa biegała, a on znowu chciał być najlepszym berkiem i... się wywrócił. I złamał rękę. Właśnie za chwilę będą go usypiać, żeby poskładać.

O ja pierdziu! Wsiadamy z Żonką do samochodu, pędzimy trzy i pół godziny koszmarną drogą w Bieszczady, a w tym czasie Mroczny Rycerz wsiada do Batmobilu i odjeżdża w zupełnie inną stronę. My zaś możemy zapomnieć o wolnym weekendzie. Zamiast tego nerwy, stres, lecący przez ręce dzieciak i pytanie, jak Pan Foch poradzi sobie w nowej szkole, przecież niebawem zaczyna gimnazjum. Czy koledzy zaakceptują kolesia ze złamaną ręką w szkole sportowej? Czy to się dobrze zrośnie?

Powrót do Krakowa już w trochę lepszych nastrojach, ale potem wysiadywanie w szpitalu dziecięcym, wizyty kontrolne, kilkugodzinne, męczące oczekiwania w poczekalni i przed rentgenem. Rehabilitacja na własną rękę, bo oczywiście NFZ stwierdza, że nie jest konieczna. Dodatkowa wizyta u lekarza sportowego i wykłócanie się z nim, gdy facet nie potrafi otworzyć zdjęcia rentgenowskiego na komputerze.

A miało być tak pięknie. Tylko my dwoje, kino, kolacja, wspólny wieczór. Pierwszy od bardzo, bardzo dawna. Czy Pan Foch powinien być nam wdzięczny, że – porzuciwszy marzenia – gnaliśmy w mrok?
 
Innym razem znów zaczyna się od dzwonka telefonu.

– Dzień dobry, ja dzwonię z NFZ.
– Słucham, o co chodzi?
– Państwo składali skierowanie do sanatorium dla Glutka?
– Tak, jak najbardziej.
– Jak państwo chcą nad morze, to za półtora roku. Ale od ręki może być w kopalni. Chcecie?
– No chcemy. Mały choruje, to trzeba brać, co jest.
– To ja zapraszam.

Zaczynamy. Najpierw rano przed siódmą wyjazd do kopalni. Sześć godzin prawdziwych atrakcji: bieganie z dzieckiem do ubikacji, bo idzie się tam prawie pięć minut z sali, którą nam przydzielili, grzebanie w naleśnikach, bo w środku rodzynki, a Glutek musi coś zjeść, zaś w kopalni niestety wyboru nie ma. Próby dogadania się z innymi rodzicami, łagodzenie sporów z pozostałymi dziećmi. Namawianie, aby ćwiczył dokładnie przy zabawach oddechowych, uważanie, żeby nie rozwalił głowy na schodach w pomieszczeniu zupełnie nieprzystosowanym dla czterolatka. Wciskanie drożdżówki w przerwach między zabawami i namawianie do kolejnej wyprawy do ubikacji, bo następnym razem mogę nie dobiec. A o czternastej pędem z powrotem, żeby babcia zdążyła go odebrać, a ja – dotrzeć do pracy. Przecież jakbym przez trzy tygodnie się nie pojawił, to o odkopaniu się potem w robocie mógłbym zapomnieć. Wieczorem do domu, a rano znów to samo.

A miało być tak pięknie. Glutek w sanatorium, Pan Foch w szkole, sporo wolnego czasu. I wszystko diabli wzięli. Czy Glutek powinien być nam wdzięczny, że – porzuciwszy marzenia – wydłubywaliśmy sól z uszu?

Jestem tatą dwóch chłopaków: Glutek ma cztery, a Pan Foch czternaście lat. Określeń tych proszę nie traktować obraźliwie, wzięły się po prostu z życia. Mały ma alergię i próbuje zaaklimatyzować się w przedszkolu, a duży poszedł niedawno do gimnazjum, rozpoczynając tym samym burzliwy okres dojrzewania. To powinno tłumaczyć ich pseudonimy.
 
Powyżej przytoczyłem dwie opowiastki z życia rodzinnego i teraz sam się zastanawiam nad problemem wdzięczności dzieciaków.

No, wiadoma sprawa, dzieci bezdyskusyjnie powinny być wdzięczne rodzicom. W końcu gdyby nie matka i ojciec, nie byłoby ich na świecie. Rodzice zapewniają im wikt i opierunek, rozrywki intelektualne i wszelkie inne. Starają się wyrobić u nich kręgosłup moralny, dbają o rozwój fizyczny, artystyczny i duchowy. Dostarczają pieniądze na wszelkie potrzeby (oczywiście w miarę możliwości), więc temat wdzięczności nie podlega absolutnie dyskusji, sprawa przesądzona. Glutek i Pan Foch mają być wdzięczni i koniec!

Ale, kurczę, z drugiej strony... W końcu niezależnie od tego, czy pojawieniu się dzieci towarzyszyła nasza świadoma decyzja, czy też nie, to same się tu nie pchały. Nie dobijały się na ten padół łez i najnormalniej w świecie mogą nie być przesadnie zadowolone z tego, że właśnie my jesteśmy ich rodzicami. Więc chyba niekoniecznie jest powód do wdzięczności.

No i w końcu, jeśli przemyśleć te konkretne przykłady, dochodzi się do wniosku, że przecież Pan Foch nie zrobił tego specjalnie, a Glutek nie ma frajdy z chorowania. Więc chyba lepiej, żeby – zamiast być wdzięczni – po prostu nas lubili. Jeśli kiedyś będą chcieli być wdzięczni tacie, to niech mały doceni, że po czterdziestym „a dlaczego?” nadal miewam siłę, aby odpowiadać na pytania, a duży, że kiedy kolejny raz z pięciu minut przy komputerze zrobi się godzina, mój wewnętrzny Hulk (jak to ładnie określiła jedna z mam w poprzednim tomie Macierzyństwa bez lukru ) nie wyrwie się na wolność.
 
Oisaj (40), tata Starszego (14) i Młodszego (4)
www.tramwajnr4.pl
 
 Mam w domu dwie córki. Obie w wieku przedszkolnym, więc niewiele jeszcze wiem o dzieciach. Oprócz tego, że pustoszą mieszkanie, portfel, a noce zamieniają w wieloletni koszmar karmienia, tulenia, chodzenia wśród rozrzuconych po podłodze zabawek i dzielenia się własnym łóżkiem o szerokości półtora metra. Wiem też, że wdzięczności próżno oczekiwać. Przez godzinę potrafię być górą lub drzewem, na które się wspinają, przez kolejną – Kopciuszkiem, który na każdy dzwonek przynosi, prasuje, karmi, przebiera, przez kolejnych dziesięć – ochroniarzem, tragarzem, kucharzem i gdy po tym wszystkim proszę o kwadrans ciszy, o godzinę spokoju, o dwie godziny snu, i tak nie doczekam.

I domyślam się, że w przyszłości też łatwiej nie będzie. Bo one jednak do mnie podobne, a ja wciąż stawiałam wymagania i nigdy nie było mi dość. Zabawki, ciuchy, korki z matmy, fizyki, kurs angielskiego, czesne na studia, forsę na wesele, dach nad głową dla mnie i dzieci, gdy świat mi się zawalił. To wszystko otrzymałam od rodziców bezinteresownie. Bez pytania o to, czy potem podam im kubek herbaty, zwrócę w gotówce do mojej czterdziestki lub chociaż w zamian przekopię ogród i przesadzę kwiaty. „Rodzice są po to, by pomagać swoim dzieciom, niezależnie od tego, w jakim wieku są te dzieci” – powiedziała mi tak pewna mądra głowa, gdy płakałam rzewnymi łzami, czując niechęć do samej siebie, bo kolejny raz przyszło mi prosić rodziców o pomoc. Ale jednocześnie myślałam o tym, co sama zrobiłabym dla swojego dziecka, gdyby ono znalazło się w porównywalnej sytuacji. Nie myśląc o żadnych korzyściach, zrobiłabym to samo, tak samo.

Za wzór stawiając sobie własnych rodziców, pozwolę, by córki w życiu robiły to, co chcą robić. W granicach ich bezpieczeństwa i nieszkodzenia innym. Będę wspierała w dążeniu do celu, nawet jeśli według mnie ten cel może być ślepym zaułkiem. Pozwolę na błędy i pomogę je naprawiać, jeśli mnie o to poproszą. Oczekuję jednak czegoś w zamian.

Że będą o mnie pamiętały w każde święta.
Że będę mogła patrzeć na ich dorastanie.
Że będą do mnie przychodziły z każdym kłopotem i z każdym sukcesem.
To w zupełności mi wystarczy.
 
Aleksandra Michalak, mama Idalii (3) i Kornelii (5)
matkasanepid.pl

Fragment książki „Macierzyństwo bez lukru - co powie tata?” 

Opublikowane w: Ciekawe książki

Dodaj komentarz

Ciekawe książki

Pracownie i gabinety

Gabinety i poradnie psychologiczne, ośrodki pomocy i centra rozwoju. Jeśli szukasz wsparcia, pomocy psychologa, pedagoga czy logopedy, sprawdź w naszej bazie, wybierając odpowiednie województwo.

Jeśli prowadzisz poradnię, gabinet psychologiczny lub w inny sposób wspierasz dzieci, rodziców, rodziny i chcesz zaistnieć w naszej bazie, napisz: kontakt@egodziecka.pl

UWAGA! Ten serwis używa plików cookies i podobnych technologii. Brak zmiany ustawień przeglądarki oznacza zgodę na to. Więcej informacji o plikach cookies w dziale Polityka Prywatności.